Serial liczył pięć odcinków. To zdecydowanie najkrótszy format kryminału, który pojawił się w polskiej “telewizji”.
Od zachwytów po premierze - Tutaj sobie poczytajcie - przeszłam w fazę “Dobra zerknę jutro”, aż do “A jeszcze jest Rojst w tym tygodniu”.
I tyle w zasadzie w temacie.

Finał jest mocno rozczarowujący (podobnie jak poprzednicy: Belfer, itp.), ale już wcześniejsze odcinki pobrnęły drogą, która zaczęła przynudzać.

W warstwie wizualnej nic się nie zmieniło. Każdy kadr, ujęcie, a nawet ustawienia kamery do ostatniego momentu wywołują zachwyt. Podobnie jak muzyka.

Nie mam się też jak czepiać aktorstwa. Zestaw powiększany z odcinka na odcinek sprawdził się naprawdę rewelacyjnie.

Tylko te dłużyzny, przejścia w rozmowach, “Idę, czy nie idę” - flaki z olejem, a momentami łopatologiczna przepychanka z widzem, któremu trzeba wszystko dokładnie pokazać paluszkiem, a jeszcze lepiej po raz kolejny wytłumaczyć.
Ruda femme fatale… Nie będzie spoilerów!

Tak jak pisałam wcześniej - w połowie tak krótkiego sezonu mój entuzjazm oklapł. Niektóre odcinki oglądałam kilkakrotnie, bowiem potrafiłam “pogrzebać” w telefonie, lub zrobić coś równie spektakularnego ;)

Scenariusz to jednak jest dziad.

Wszystko pięknie żre, najlepsi aktorzy, charakteryzacja, reklama w mediach, zachwyty po premierze. I kończymy na 2,99 bobra.
Chora jestem. Nie dajcie się wirusowi, pijcie cytrynę i malinowe soki!