Dosłownie w trzech słowach, ponieważ dawno nie dawałam 5 bobrów, a ostatni odcinek Shameless zasługuje na całe stadko.
Jeśli ktoś zastanawia się, czy drugi sezon dorówna pierwszemu - to szkoda jego czasu na niepotrzebne przemyślenia ;) Serial jest obecnie najlepszą produkcją stacji Showtime, a kto wie czy nie najlepszą produkcją w USA.

Trzeci odcinek trochę smutny, pełen przemyśleń, wyrzutów i głupich wyborów głównych bohaterów. W zasadzie od początku kręcił się wokół śmierci i śmiercią się zakończył. Raczej nostalgicznie, a tego akurat w Shameless nie potrzebuję…

Natomiast czwarty epizod - palce lizać.
Sheila wykonuje swoją codzienną dawkę “kroków” i już wiadomo, że odwiedzi ukochanego w “pracy”. Wielki dzień nadchodzi, mimo starań Franka: a to postraszy artykułem w gazecie, a to postrzela z broni, lub zamówi niepełnosprawnego kolegę ;) Ostatnie sekundy odcinka to majstersztyk gry aktorskiej. I nie mam pojęcia dlaczego nikt nie współczuje biednej kobiecie, tylko cieszy się ze szczęścia Gallaghera.

U jego dzieci również trochę zmian - ale nie będę się rozpisywać. Ważne, że rodzina nadal trzyma się razem i jest zdolna do wszystkiego. Chociaż łatwo nie mają… (Największe zmiany szykują się u Lipa).

Poziom pokazywania nagości w serialu po raz kolejny został przekroczony za sprawą szykującego śniadanie narzeczonego Karen. Ale to już nikogo nie bulwersuje ;)

Świetny odcinek + świetny scenariusz. Wiem, że to wszystko wymyślili w UK ale po prostu uwielbiam obsadę w USA (na szczególne wyróżnienie zasługują młodzi Gallagherowie). Ale i tak William H. Macy - czyli Frank rządzi :)

5 bobrów!