Jest kilka seriali, które oglądam przez lata i nadal kibicuję bohaterom, nie mogąc doczekać się kolejnego odcinka.
Jednym z nich jest “Shameless”.

Tylko mam wrażenie, że bez Fiony to już będzie całkiem inna produkcja.

Ostatni sezon nie był bardzo zły. Ale przesadnie chwalić, też go nie zamierzam.

Dzieciaki rosną, mają nowe problemy… Podobnie, jak “starszyzna”.
Fiona miotała się z bezsilności, straciła faceta, kamienicę i zdrowy rozsądek. Wątek alkoholowy trwał jednak zdecydowanie za długo.
Zastrzyk gotówki pozwoli jej na wygodne życie? Nie wiem na jak długo - 50 tysięcy dolarów to nie jest żaden majątek.

Debbie przejęła rolę opiekunki i strażnika domu.
Ewidentnie nie ma na nią większego pomysłu - w tle pląta się córeczka, a nastolatka źle lokuje uczucia.

Szkoda mi Lipa, który po raz kolejny pakuje się w związek z wariatką. Jeszcze nie wiadomo czy zostanie ojcem, wybranka kilka razy dziennie zmienia zdanie.
Ian siedzi i raczej nie ma co liczyć, że będzie systematycznie pojawiać się w dziesiątym sezonie.

Jest Carl, który jako jedyny ma szansę otrzymać wykształcenie. Trochę miłości, odrobina pracy w smażalni i w sumie nuda proszę Państwa.

Frank leży i się goi ;)
To on jest siłą napędową serialu i scenarzyści o tym doskonale wiedzą. Kilka wyskoków było naprawdę przyzwoitych  - chociażby udział w zawodach alkoholowych, czy związek z Panią psycholog.
Najbardziej wzruszająca scena - to kilka słów pożegnania z najstarszą córką. Niby nic, a łza się zakręciła.

Dzieci są już odchowane, nawet Liam zaczyna stawiać warunki i nie jest tylko tłem dla poszczególnych scen. Fiona ma prawo ułożyć sobie życie. Szkoda jedynie, że po dziewięciu sezonach wyszła “po angielsku”.
Miałam nadzieję, że widzowie dowiedzą się chociażby o celu jej podróży.

W porównaniu z początkami serialu da się odczuć stratę “powera” i cięcie wątków. ALE.
Shameless da się jeszcze oglądać ;)

3,5 bobra za finał.