Byłam zachwycona produkcją.
Na początku.
Pierwsze dwa odcinki wręcz pochłonęłam, zachłysnęłam się aktorstwem i… zdecydowanie moja miłość do “Szóstki” oklapła.

(Uwaga! Piszę o wydarzeniach z Finału).

Na przestrzeni sześciu odcinków z ciekawej, oryginalnej produkcji zrobiła się obyczajówka rodem M jak miłość.
Zdrady, chwilowe fascynacje, zmiany decyzji, wyjazdy i tradycyjnie powrót do nałogu.

Trwało to wszystko bardzo krótko, ledwie maznęło po opowieści, aż doszliśmy do finału.
Nie było większych dramatów, więc nie spodziewałam się niczego odkrywczego w ostatnim epizodzie. I tak też się stało.

Córka wycofała się z transplantacji, pałeczkę przejął syn. Alkoholik nie będzie najlepszym ojcem na świecie, ale ma szansę wyprostować relacje z dzieciakami.
Małżeństwo podjadło pomarańczę i przytuliło się do siebie.
Byli narzeczeni ostatecznie pożegnali się pod budynkiem szpitala.
Profesor otrzymał diagnozę - umiera.

O czym tu w sumie dyskutować?
“Happy end” na pełnej petardzie i zwijamy się do domu.

Czy chcę drugiego sezonu?
Nie.
Niechaj to będzie historia zamknięta.
Aktorsko rewelacja, więc nie muszę się już powtarzać. Każdy z “Szóstki”, a także z pobocznych wątków dał z siebie 110% normy. Świetnie, że casting sięgnął akurat po “te” nazwiska.

Problemem tradycyjnie jest scenariusz i dłużyzny. Głupotki, mniejsze lub większe. Zostawienie widzów z myślą: “Wszystko będzie dobrze”.
Zero gorączki, “zawieszenia nad krawędzią”, czy innych zagrywek. Mdłe toto.

Po sezonie 6/5 za nazwiska i robotę aktorów.
Odejmując wszystko inne - 2,5 bobra.

Na pewno odpuszczę sobie powtórki.