Ostatni odcinek za nami. Podejrzewam, że Polsat zdecyduje się zakończyć serial i jesienią w miejsce Szpilek zobaczymy nową produkcję… Mogę się mylić, ponieważ nie znam wyników oglądalności.
Jak to wyglądało bez Ewki? Ano bardzo różnie. Po pierwsze to zupełnie nowe “Szpilki na Giewoncie”, z nowymi bohaterami, z małym udziałem starej ekipy, gdzie postacie “drugo” i dalszoplanowe grały pierwsze skrzypce. Kluczem spinającym akcję była postać Bartka, który zostawiony przez żonę po raz kolejny układał sobie życie.

Xenia z przyjaciółki, “brata łaty” i pracodawczyni stała się dla Bartka kimś więcej. Pomagała mu odzyskać pamięć, a w ostatnim odcinku zobaczyliśmy prawdziwy happy end. Ja jednak tego nie kupuję. Przepraszam bardzo ale przez trzy sezony pokazywano nam perypetie górala i ambitnej Ewki z Warszawy, którzy z trudem się docierali i w końcu stanęli na ślubnym kobiercu. Teraz przez dosłownie 5-6 odcinków Bartek zmienił zdanie i jest zakochany w nowej kobiecie.

Główną bohaterką czwartego sezonu była Agnieszka. Na początku szczerze jej kibicowałam, kiedy pojawił się Mateusz i ich znajomość zaczynała przeradzać się w coś “więcej”. Dowiedziała się, że ma narzeczoną, on zrozumiał, że jego uczucia do Agnieszki są mocniejsze niż do egzaltowanej paniusi z bogatym ojcem. I wtedy wszystko zaczęło się psuć. Nie tylko w ich “związku” ale przede wszystkim w głowach scenarzystów. Nie ma przeszkody w postaci innej kobiety, to parę należy pokłócić! Prawda?

Wyszło gładko, chociaż całkiem nielogicznie. Zamiast słodkiej Agusi, która piekła tort, nie umiejąc nawet rozdzielić żółtek od białek dostaliśmy zadufaną w sobie pannicę, która zmienia zdanie w ułamku sekundy, obraża się, wyjeżdża, a nawet przyjmuje oświadczyny od byłego faceta.
W ostatnim odcinku w scenie ślubu, do Urzędu wpada Mateusz i odbija pannę młodą, która zamiast “Tak” mówi “Nareszcie”.

Jest jeszcze Diana i jej piękny związek z Patrykiem - słabizna. I nawet nie chce mi się tego komentować.
W zasadzie serial oglądałam tylko dla Anieli i Lucyny. Momentami jednak widać było, że Dorota pomykała improwizuje, sama sobie pisze teksty, sama je wypowiada. Dużo naprawdę niepotrzebnych scen, przedłużaczy akcji, które nie niosły żadnych reakcji. Tak samo na siłę wplątywany zakonnik i kilka innych postaci.

Koniec czwartej serii i wszystkie pary w “slow motion”, świętujące odzyskaną miłość… Nie wiem czemu ale zamiast łez wzruszenia wywołało to u mnie tylko śmiech. Ale nie był to śmiech radości.

Jak sobie przypomnę pierwszy sezon, Ewkę w Zakopanem, kolory, muzykę, miśka - Topę :) to było coś. Teraz podsumowując czwarty sezon, który nawet mi się na początku spodobał (widać było, że nie będzie polegał tylko na podrzucaniu śmieci do ogródka sąsiadów) mam tylko jedną prośbę: Zakończcie.

Szpilki na Giewoncie w trzecim sezonie były niejadalne i durne. Czwarta odsłona bez głównej bohaterki była eksperymentem na widzach, który mimo całej mojej sympatii do projektu nie udał się.

Mało kto z moich znajomych zdzierżył trzeci sezon, w zasadzie nikt nie podszedł do czwartego. I mówię tu tylko o kobietach, do których ten serial był kierowany.
Prywatny mężczyzna, który oglądał Szpilki w pierwszym sezonie, przypadkowo przetestowany na czwartym, po kilku minutach zapytał: “Aga, a co to za gó*no oglądamy?”.
I tyle.
Bez bobrów, bo nie mam jak podejść do czwartej serii pamiętając pierwszą.