Obiecałam sobie, że już nie pominę żadnej premiery polskiego filmu, który zbiera pozytywne recenzje.

Stało się tak po piątkowej przygodzie i “Ostatniej rodzinie”, którą pochłonęłam siedząc samotnie w domu (ale o tym może innym razem).
Świeżo po wizycie w kinie. Niestety będą lekkie Spoilery.

Przeczytałam, że “Sztuka kochania” jest lepsza niż “Bogowie”.  Ano zupełnie się z tym nie mogę zgodzić.
Chociaż za film odpowiada ten sam scenarzysta i producenci i mamy do czynienia z biografią wybitnego lekarza - specjalisty w swojej dziedzinie, to historia Religi przeniesiona na duży ekran bez większych problemów przyćmiewa życie Wisłockiej.

Mam też problem z rolą Magdaleny Boczarskiej. Nie była zła, ale nawet nie umywa się do Tomasza Kota. Momentami miałam wrażenie, że aktorka przeszarżowała.
Eryk Lubos w roli amanta i kochanka świetny - ale to jeden z moich ulubieńców, więc na pewno nie będę obiektywna ;)
Pochwalę jeszcze Arkadiusza Jakubika, Artura Barcisia (cenzor) i uwaga… Borysa Szyca za niewielkie role.

Cały film to skakanka.
Kolorowa przejażdżka po życiu wybitnej specjalistki od “tematów zakazanych”.
Filmowa Wisłocka była rewelacyjną powiernicą i przyjaciółką dla kobiet z problemami. I do tego genialnym fachowcem w swojej dziedzinie.
Odrobinę ekscentryczna (te chustki i ubrania szyte z zasłonek i obrusów), również rzeczowa i konkretna.
ALE…
Zastanawiam się dlaczego podejmowała tak durne decyzje w sprawie życia prywatnego.
Bo nie możemy powiedzieć, że “miała pecha” co do mężczyzn.
Ona z premedytacją postanowiła stworzyć trójkąt miłosny, a później nawiązać romans z człowiekiem, który od początku wyraźnie mówił, że jest żonaty.
A dzieci?
Krzyś, któremu w jednej chwili “matki” zmieniły życie… I zapomniana Krysia.

Nie mnie oceniać, chociaż czytając wywiady i przeglądając życiorys Michaliny mam wrażenie, że scenarzyści i tak odrobinę wybielili postać “Pani od seksu”.

Wróćmy jednak do filmu :)

Dwie godziny to jednocześnie i dużo i mało.
I tak źle i tak niedobrze ;)
Pod koniec marzyłam, żeby produkcja mnie jeszcze czymś zaskoczyła, chociaż jednocześnie nie mogłam doczekać się finału (bo przecież wiemy, że tytułowa książka została w końcu wydana). Z drugiej strony miałam wrażenie niedosytu. Tak ciekawa postać zasługuje na serial. Oparty na prawdziwych wydarzeniach, z nowymi wątkami i postaciami. Może bardziej prawdziwy? Bardziej kontrowersyjny?
Nie wiem. Temat z pewnością nie został wyczerpany.

Zachwyciła mnie scenografia, kostiumy, a przede wszystkim charakteryzacja.

Dodatkowe zmarszczki, koloryt uzębienia, a nawet brak depilacji kluczowych miejsc bohaterki ;) Wow!
Do tego oświetlenie, i plenery.

ALE

Sztuka kochania nie sprawiła, że usiadłam z wrażenia.
Potraktujcie to raczej w kategorii teledysku ze zmieniającymi się wydarzeniami.
Ja najbardziej lubię Michalinę walczącą o książkę, która jednocześnie nie zawaha się użyć patelni w obronie podopiecznej ;)

Czy ja poznałam bohaterkę?
Jakoś tego nie czuję. Ilość zbędnych scen m.in.: - bal z Generałową i striptizem, instrukcja obsługi montażu łóżka ginekologicznego, sceny w gazecie,  czy wizyta w magazynie - zabrały czas na inne, w moim odczuciu ważniejsze rzeczy.

Sztuka kochania to książka, którą każdy z nas miał w rękach, lub kiedyś będzie miał (bo przecież jest kolejny dodruk).

W czasach, kiedy o seksie mówi się bez zbędnych ogródek, powstają nowe zabawki, teorie, a Internet dosłownie pęka w szwach od poradników, czy filmów dla dorosłych warto na chwilę zerknąć za kulisy powstania pierwszej instrukcji “obsługi”.
Ale może niekoniecznie w kinie…

3 bobry.

PS. W głowie mam mętlik.
Może opiszę szczegóły wizyty w kinie i reakcje? Ale oceny nie zmienię ;)

PS2. Nie wzruszyłam się. A zaśmiałam tylko raz - na samym początku.

PS3. Boczarska jest piękna!