A proszę bardzo germanistko! ;)
Zniecierpliwieni fani serialu na prapremierę czekali trudne trzy dni ;)
A co wydarzyło się w odcinku?
Poniżej kilka słów i bobry.

Anka i Paweł dali się porwać namiętności. Moim zdaniem to jednak trochę za szybko. Widzowie powinni trochę dłużej poczekać na rozwój ich uczucia. W poprzednim odcinku pojawiły się pierwsze, nieśmiałe pocałunki i może warto byłoby na nich poprzestać (przynajmniej na razie)…

Cały epizod skupił się na gościnie warszawskich ważniaków. Pensjonat przygotowano na małe wesele, rozpalono grilla, wniesiono hurtowe ilości mięsiwa, zadbano nawet o regionalne stroje, a zjawiło się 7 gości plus Burmistrz ;)
Kamila ponownie chce zdobyć serce Pawła. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że kobieta ma męża i nowego kochanka - Artura, z którym przyjechała na weekend.
Niespodzianka! W pensjonacie pojawia się obecna narzeczona Artura i jednocześnie córka jego szefa. I szybko zaczyna domyślać się, że jej ukochany to zdradziecka żmija.

Cały wątek “narzeczonych” mocno irytujący. Od prób wrobienia Pawła w związek z Kamilą po kłótnie i gonitwy po lasach. Dziecinada. I naprawdę to nie ten poziom humoru, do którego przyzwyczaiły mnie poprzednie odcinki “To nie koniec świata”.

Sytuację ratował wątek Uli i Darka. Od przygotowań, przez odbiór towarów od Saszy, kończąc na “dżemiku mi nałóż”.
Dobrze, że jedna z żon otworzyła Pszczółce oczy na niewątpliwe zalety mechanika.

Anka postanowiła zakończyć związek, który jeszcze na dobre się nie zaczął. Szkoda, bo w zasadzie nie powinna mieć pretensji o byłe dziewczyny Pawła, tym bardziej, że sama niedawno brawurowo uciekła od “szalonego weterynarza”.

Odcinek siódmy był swoistego “product placement” Podlasia. Zabrakło mi jednak humoru, świeżych wątków i genialnych bohaterów.
Mam nadzieję, że to tylko przerywnik przed kolejnymi, dobrymi epizodami i nie będę bardzo surowa. Nadal uważam, że to najlepszy serial w jesiennej ramówce.

3 bobry.