Już dawno nie miałam takiego dnia jak wczoraj.
Odpalasz odcinek serialu, a kilka godzin później przypominasz sobie, że miałaś ugotować obiad i wyciągnąć dżinsy z pralki ;)

The Marvelous Mrs. Maisel została ciepło przyjęta przez krytyków, chociaż i tak uważam, że zrobiono za mało szumu wokół tej produkcji i pomimo nagród - gdzieś przepadła w zalewie nowości.
To ja wam powiem tak: Jeśli szukacie czegoś nieszablonowego, a jednocześnie śmiesznego, mądrego i oprawionego w tak uroczy, kolorowy sposób - to musicie zerknąć chociażby na jeden odcinek.

Z własnego doświadczenia wiem, że na pewno na jednym się nie zakończy… ;)

Bogata, wykształcona dziewczyna z inteligenckiej rodziny stara się zrobić wszystko, aby codziennie nosić szarfę Perfekcyjnej Pani domu.
Dwójka dzieci to żadna przeszkoda, aby zawsze wyglądać idealnie (oczywiście pod warunkiem, że mamy do dyspozycji nianię i rodziców piętro niżej), robić perfekcyjne posiłki na czas i być wsparciem dla małżonka, który ma nietypową pasję.
Joel chce być komikiem i wieczorami występuje w podrzędnym klubie. Jego stand-up nie jest wybitnie śmieszny, co nie zmienia faktu, że i tak jest kradziony.

Kochająca kobieta wybaczy nie takie sprawki. Midge załamuje się dopiero w momencie, kiedy jej ukochany wyznaje, że odchodzi do kochanki.
Więcej fabuły nie zdradzę.

Rachel Brosnahan jest fenomenalna. Reszta obsady również stanęła na wysokości zadania, ale to co wyczynia Mrs. Maisel jest niesamowite.
Nowy Jork, kolory, stylizacje, pomieszczenia. Oczu oderwać się nie da. Najważniejsza jest jednak scena i monologi.

Zostały mi trzy odcinki do nadrobienia, więc jeszcze wszystko może się zdarzyć (a i okna czas myć) ;)
Od dawna chciałam przywołać stadko, więc tak się cieszę.
5 bobrów.