Tak jak w temacie. Kurczaki jasne, psia krew! Uwielbiam Bridget Jones, książki i filmy o nieporadnej, 30-kilku letniej kobiecie z problemami dnia codziennego i nadwagą.
I tak miało być w The Mindy Project. Mamy kobietę bez figury modelki, z nałogami i wiarą w prawdziwą, szczerą, romantyczną miłość, która popełnia błędy.
Co nawaliło?

Po pierwsze byłam zaskoczona, że odcinek liczy tylko 20 minut.

Głównych bohaterów poznajemy jakby w przelocie. Mindy jest zupełnie pokręcona ale wcale jej się nie dziwię. Zamiast bawić się w podstawówce oglądała komedie romantyczne, w Liceum również nie stroniła od swojej ulubionej rozrywki. Nawet na studiach medycznych, kiedy całe “akademiki” piły i szalały ona cichutko, po raz setny skupiała się na relacjach damsko - męskich w ulubionym gatunku filmowym.

Nie ma się co dziwić, że dziewczyna, tak mocno przesiąknięta romantycznymi opowieściami z happy-endem w końcu w podobnych okolicznościach (winda) poznaje swojego ukochanego.
Wszystko dzieje się zgodnie z jej wyobrażeniami, aż tu nagle narzeczony zostawia ją dla panienki, która sprzedaje w szpitalu pieczywo (wątek z jej uzębieniem zupełnie mnie nie rozbawił).

Mindy jest rozgoryczona i nie wyrzuca do śmietnika zaproszenia na ślub. Upija się i wygłasza mowę. Później łamie kilka przepisów, zostaje zatrzymana przez policję, opowiada swoją historię i w końcu wychodzi na wolność - prosto do szpitala.

Drugi odcinek jest jeszcze słabszy. Dziewczyna prowadzi rozmowy kwalifikacyjne na stanowisko pielęgniarki i przekomarza się z kolegą z pracy.

Naprawdę zawiodłam się na tym serialu. Bohaterowie drugoplanowi zupełnie bezbarwni, brak głównego wątku, brak chemii pomiędzy aktorami, w drugim odcinku brak scenariusza.

Oczywiście daje The Mindy Project szansę, bo jestem fanką opowieści o niezrównoważonych 30-letnich kobietach.

Na razie słabo.