„The Office”. Bowiem dawno nie było 5 bobrów!

Złapał mnie wirus grypy.
Mutant konkretny, z gorączką 39+

Pomógł dopiero antybiotyk. Chociaż słowo „pomógł” jest sporym nadużyciem.
Rozstrój żołądka to nic, w porównaniu do całkowitej bezsenności. W ciągu dnia organizm odpoczywał 2-3 godziny. Próbowałam czytać, pisać, a w końcu zaczęłam oglądać.
O Netflixie innym razem, bowiem odkryłam całkowity Hit. „The Office”!

Ja wiem, że to „staroć”. Złapałam się nawet na tym, że gdzieś, kiedyś w telewizji trafiłam na losowy odcinek i nie przypadł mi do gustu.
Wówczas nie zrozumiałam humoru, stwierdziłam, że to „strata czasu” i gdyby nie grypa 2019…

„Biuro” trzeba oglądać od początku. Tak jak chociażby „Przyjaciół”.
Serial powolutku odkrywa swoje karty, przedstawia galerię bohaterów, a widzowie wciągają się w ich przygody.
Bywa tak śmiesznie, że momentami zatrzymywałam akcję i charczałam z rozkoszy 😉 Nota bene super sposób na potęgowanie bezsenności. Katar, kaszel i łzy radości.

Jak można zrobić komedię o kilku osobach, które przez osiem godzin sprzedają ryzy papieru? Właśnie tak.
Oglądam siódmy sezon (jest dziewięć), ale już sobie porcjuję przyjemność.
„Im dalej w las, tym słabiej” – fakt. Tylko, to już nie ma najmniejszego znaczenia.

5 bobrów dla „The Office” jest takim pewniakiem jak „dundies” dla Toby-ego w najgorszej kategorii 😉

Do dzisiaj nie wiem, czy chciałabym mieć takiego szefa jak Michael, czy wręcz przeciwnie. Steve Carell jest niepowtarzalny i jedyny w swojej roli.

Nie będzie żadnych więcej Spoilerów. Zachęcam – Oglądajcie.
Ale od pierwszego odcinka, pierwszego sezonu.

Jedna odpowiedź do “„The Office”. Bowiem dawno nie było 5 bobrów!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *