To serial, o którym było głośno przed premierą. Opisy były porównywane do “Fringe” -  bo oto na lotnisku w USA pojawia się niezidentyfikowany samolot (w sensie nie wiadomo jak wylądował bez pozwoleń itp.), w którym mogą znajdować się ludzie.
Owszem, znajdują się. Ale na 200-kilku do życia wraca tylko czwórka. Wszelkie jednostki specjalne USA wkraczają do akcji. Co się stało w samolocie? Czym są zielone plamy, które widać, przy każdej, zmarłej (i żywej) osobie? To wirus, broń biologiczna?
Widać, że pasażerowie zmarli szybko i bezboleśnie. Ale jak to powiedzieć ich rodzinom? Kto lub co spowodowało ich śmierć?

Corey Stoll gra najlepszego w Ameryce specjalistę od wirusów i to on szybko przejmuje dowodzenie. Niestety sprawa gmatwa się z minuty na minutę.

Samolot poza pasażerami przewoził skrzynię - trumnę, o której nie wiedzieli nawet piloci. W trumnie znajduje się odpowiedź za śmierć ludzi - kilogramy ziemi. Na specyficzną skrzynkę czekają bardzo bogaci i wpływowi. Szybko dowiadujemy się, że z Niemiec przywieziono bestię - najprawdopodobniej szatana. Efekty specjalne dają radę - nie są jednak powalające (niebawem napiszę kilka słów o Extant). Ale spokojnie - widownia wie z czym może mieć do czynienia…
Szatan przejechał rzekę, niebawem rozpocznie się prawdziwa apokalipsa…

Naukowcy nadal starają się otrzymać odpowiedź na podstawowe pytania: Dlaczego ludzie w samolocie zmarli? Dlaczego czworo przeżyło? Kim jest szalony Pan na lotnisku, który wie wszystko o tragedii? Czym są znalezione “glisty”, które szukają dostępu do świeżej krwi?

A w międzyczasie zmarli z samolotu wracają do rodzin (aż trudno sobie wyobrazić takie “interakcje”). Widzimy dziewczynkę i jej kąpiel (szaleństwo).

Ocaleni zauważają, że dzieje się z ich ciałami coś bardzo niepokojącego - pragną krwi. Ludzkiej krwi.
Jeden z nich - sławny, zakażony wokalista deathmetalowy po seks-maratonie “wysikuje” penisa - co widzowie widzą w pełnej okazałości.

W każdym epizodzie to ostatnie chwile są najbardziej ciekawe. I gdy odcinek jest naprawdę przeciętny - uwierzcie mi - ostatnie, dwie minuty sprawią, że zechcecie włączyć kolejny.
Mnie wciągnęło.
Za nudne rodzinne potyczki z dzieckiem w roli głównej odejmuję punkt. Za przegadane historie i brak konsekwencji (dlaczego Ephraim nie pojechał do ojca, który chwalił się, że jego córeczka wróciła?) - też muszę odjąć.

“The Strain” to świetna rozrywka.
Naciągana, nierzeczywista historia, powiązanie z więźniami z Auschwitz (wytatuowane numery), wirusem, szatanem, chorobami i glistami, które można wydłubać z zakażonego oka.

Być może niebawem zmienię zdanie.
Po 3 odcinkach (wzlotach i upadkach) 3,5 bobra.