Tytuł recenzji powinien być idealnym wyznacznikiem moich odczuć.
Siedem odcinków za mną (dzięki bggh - zrobiłam sobie półmaraton), a ja nadal czuję się podirytowana i znużona.

Oczywiście oglądam dalej.
Ale już sama nie wiem po co…

Byłam wielką fanką oryginału.
To miało jakiś smak, powiew świeżości, tajemnicę… W zasadzie sami wiecie o co mi chodzi.

A teraz przyszedł czas na Dawid Lynch Show 2017.
Bowiem reżyser wymyślił sobie wizję, dołożył do tego sprawdzonych bohaterów i wmówił wszystkim, że to “ciąg dalszy”.

Lyncha trzeba lubić. Podobnie jak symbolikę i interpretację.
A ja nigdy nie byłam dobra w analizach wiersza o spadającym listku ;)

Przyznaję się bez bicia, że ja na nowe Twin Peaks jestem po prostu za głupia.
Po siedmiu odcinkach “Wiem, że nic nie wiem”, ale powoli zaczyna mnie irytować ta wielka egzaltacja w wątkach, które nijak mnie nie zainteresowały.

Akcja nowej odsłony posuwa się do przodu z prędkością żółwiej rodziny, a ja już nie mogę patrzeć na dramat biednego Dale’a Coopera, który zachowuje się jak uciekinier ze szpitala psychiatrycznego po elektrowstrząsach, lub zdalnie sterowana kukiełka.

Do tego drugi wymiar, nowe lokacje, karzeł morderca, tajemnicza skrzynia, chata, psychol z baru, posterunek, telezakupy itp. To jednak za dużo jak na mój gust. Tym bardziej, że to na razie nie ma żadnego sensu, a kolejne tajemnice będą rozwiązywane w nadchodzących tygodniach.
Co na przykład wnosi kilkuminutowa scena zamiatania w barze?

Średnio chce mi się “męczyć” (to dobre słowo) z nowymi odcinkami.

Zdaję sobie sprawę, że przyjdą prawdziwi Fani i mnie zasypią obelgami.
Trudno. Nie będę pisać niczego wbrew sobie.

Ps. Nie zamierzam wyciągać bobrów. Siedzą biedaki z głupimi minami i patrzą w sufit ;)