Nie wiem, czy istnieje jakiekolwiek inne serialowe miasteczko, w którym mieszkańcy są tak niestali w uczuciach.
Trzeci sezon obfitował w nowe związki i jeszcze częstsze zerwania - w zasadzie widz nigdy nie mógł być pewien z kim jego ulubiony bohater będzie w kolejnym epizodzie :)
A co w finale?

“Hart of Dixie” 3 to całkowite szaleństwo. Kilkakrotnie pogubiłam się w wątkach, bo wystarczyło ominąć dwa odcinki, a bohaterowie byli już w zupełnie innych związkach i mieli nowe problemy (które trwały znowu dwa odcinki i wszystko diametralnie się komplikowało).
Oglądałam z przyzwyczajenia, trochę dla Wade’a, trochę dla Lavona, a przed wszystkim dla klimatu miasteczka BlueBell.

Nie byłam fanką nowego chłopaka Zoe - Joela. Na szczęście para kulturalnie się rozstała, a lekarka zrozumiała, że kocha Wade’a. Teraz to on dyktuje warunki. Ale mina w finale - bezcenna :)
Cieszę się również, że w końcu właściciel baru został dostrzeżony i doceniony przez korporacje - mógł zarabiać miliony, a wybrał niezależność i ukochaną mieścinę.

Okazuje się, że czkawka może wystąpić u kilku kobiet jednocześnie i mieć podłoże nerwowe. U Zoe minęła po rozmowie z Lemon, Annabeth musiała wyznać swojemu chłopakowi od imponującej liczby “adidasów”, że kocha kogoś innego, a Crickett na swoim ślubie przyznała, że jest lesbijką (chociaż o odmienne preferencje seksualne całe miasteczko podejrzewało jej męża wielbiącego cekiny i układy choreograficzne).

Lemon odpłynęła w “Rejs dla samotnych serc” dokładnie w momencie, w którym George i Lavon uświadomili sobie, że to ona jest kobietą ich życia.
Zapowiada się ciekawy trójkąt, chociaż zdecydowanie wolałabym aby Burmistrz wrócił do AB.

Finał był uroczy. Z trzech wesel do skutku doszło tylko jedno, wszyscy w końcu zrozumieli co naprawdę czują i mam wrażenie, że to mocno zagmatwa w ich życiu.
Już się może założyć, że Lemon przywiezie nowego narzeczonego, o którego będą zazdrośni pozostawieni w BlueBell zalotnicy.

Za koloryt i ciepło, które pamiętam z pierwszych sezonów - 3,5 bobra.