Tradycyjnie już recenzja prapremiery poniżej.
Ile bobrów i za co?
:)

Naprawdę będę zrzędliwa i okrutna. Nie ma to nic wspólnego z moim prywatnym nastrojem - bo chociaż zawsze staram się być obiektywna, dzisiaj mam naprawdę świetny humor i myślałam, że wieczorny seans “Samej słodyczy” będzie relaksem - ot kolorowym cukierkiem na zakończenie miłego dnia.

Trzeci odcinek pokazał wszystkie słabe punkty serialu.
Nie wspomnę już o przerysowanej do granic możliwości Patrycji i grze Natalii Klimas - chociaż to bolało. Ale myślę, że w poprzednich recenzjach wylaliśmy mnóstwo żółci i wiadra pomyj, więc dzisiaj odpuszczam ;)

Olaf Marchwicki jako Staś poradził sobie… (szukam słowa) tragicznie. Sceny z dzieciakiem są nie do zaakceptowania, a monologi wygłaszane przez niego sprawiają, że wstyd mi patrzeć w ekran komputera.
Już nie mówię o młodych gwiazdach z USA ale porównajcie sobie postać Stasia do chociażby chłopaków z Rodzinki.pl. To jakaś przepaść.

Wątki beznadziejne. Kolejny tydzień oglądamy przez 40 minut pogoń za rozpuszczonym dzieciakiem, momentami okraszaną wydarzeniami z życia innych bohaterów.
Dzisiaj w zasadzie takich wydarzeń nie było - poza wypadkiem Tajfuna, przyjazdem ojca Oli i wizytą w zakładzie fryzjerskim, gdzie klientami byli znani, polscy projektanci mody. Wszystkie trwały ułamki minut, więc ciężko cokolwiek oceniać.

Jeśli po pierwszym odcinku miałam nadzieję na śmiech, wzruszenia i ciekawe kreacje aktorskie, po dzisiejszym epizodzie czuję się oszukana.

Co mam napisać o akcji, której nie było?
Może Wy będziecie umieli coś docenić… Może ja coś przegapiłam. Chętnie zrewiduje ocenę.

1 bóbr.