Wataha – „Nie chcę być przykrywką” – po odcinku 3

Chociaż trzeci odcinek miał premierę wczoraj – ze względu na wydarzenia, a przede wszystkim widzów, którzy mają ochotę nadrobić ten serial reszta opinii znajduje się poniżej.

Zachęcam gorąco. To bardzo dobra produkcja.

A teraz się mogę wyżyć 😉
WOW – zaskoczyli mnie skubańcy! I mówię tutaj o scenarzystach.

Aktorsko „Wataha” naprawdę nadal trzyma wysoki poziom. Owszem, jeśli mam do wyboru obie siostry Popławskie – bez wahania wybieram Magdalenę. Jej postać świetnie się rozwija, a w trzecim odcinku aktorka pokazała swój kunszt. Mam kilka ulubionych scen z jej udziałem jednak wyróżniam reakcję na widok zmarłych dzieci, a przede wszystkim zemstę na przemytniku, który prowadził kolejną grupę maluchów.
Mocne sceny.

Aleksandra Popławska odrobinę mnie drażni. Ja wiem, że musi grać zimną prokurator, z wyciętymi nerwami twarzy 😉
Ale jej rola jest taka „kopiuj-wklej”. W zasadzie niczego, nowego już się po niej nie spodziewam (i trzymam kciuki abym się myliła. Tradycyjnie zresztą).

W końcu na dłużej pojawił się jeden, z moich ulubionych aktorów – Pan Marian Dziędziel. Szeptun, artysta, wioskowy dziwak, który po spaleniu się rodziny postanowił zamilknąć.
Bez słów, bez kąpieli, w oparach trudno wyobrażalnego smrodu został odwieziony przez Wiktora, który szukał jakichkolwiek informacji na temat Ewy. Zamiast opowieści, czy wyjaśnień został potraktowany zieloną nalewką (stawiam na roztwór grzybków halucynogennych).

I te wizje, a raczej cały wątek „magiczny” również kupuję bez zastrzeżeń. Momentami mamy wrażenie, że główny bohater zwariował, że znaleziony kolczyk jest wytworem jego wyobraźni, jednak finał odcinka sprawia, iż pozbywamy się złudzeń.

Od momentu zaczajenia się na uchodźców, którymi okazały się małe dzieci, do scen, kiedy Rebrow znajduje zwłoki Ewy, na której ktoś wykonał egzekucję – z wrażenia gryzłam palce.
Kobieta przeżyła zamach bombowy. Czy była wtyczką? Na to wygląda, chociaż po tym serialu można spodziewać się wszystkiego.

Tempo akcji znacznie się podniosło. Jestem pod wrażeniem pomysłu i intrygi, która jest świetnie napisana.
Naprawdę, na świeżo, po odcinku – WOW!

4,5 bobra.
(ujmuję również za złe udźwiękowienie w momencie, kiedy aktorzy wypowiadają swoje kwestie).

„100% Wataha – jeśli widz się waha”
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać 😉

PS. Jak myślicie skąd Wiktor miał w komputerze taką ilość gotówki? To była kasa Ewy?

10 odpowiedzi do “Wataha – „Nie chcę być przykrywką” – po odcinku 3”

  1. No ja tam myślę, że kasa należała do Ewy… ale ponoć w tym serialu niczego nie można być pewnym… nic nie jest takie, jakim się nam wydaje 🙂 więc może lepiej nie myśleć, tylko przyjmować jak jest 🙂
    Myślisz, że to była egzekucja? Ja sobie pomyślałam, że to Ewa sama sobie w głowę strzeliła… ale skoro rzeczywiście kolczykiem chciała dać znać Rebrowowi, że żyje, to moja teoria, że strzeliła sobie w głowę bo złapana na gorącym uczynku nie chciała mu w oczy spojrzeć dostaje w łeb… no i jeszcze ten kolczyk, który w czasie rzekomych majaków Rebrowa zginął a potem, zdaje się znów na uchu Ewy się pojawił (obu uszu wprawdzie widać nie było ale zbliżenie na kolczyk ewidentnie sugerowało, że mamy na niego zwrócić uwagę)… czyli ciągle niewiele wiadomo, a scenarzyści jeszcze nie raz nam na nosie zagrają 🙂 już ja Wam mówię 🙂
    a tak przy okazji – jadę jutro na parę dni połazikować po Bieszczadach i mam nadzieję, że żadnych niedźwiedzi, wilków a tym bardziej kłusowników czy przemytników tam nie spotkam 🙂 ale przystojnego strażnika? – bardzo chętnie 🙂

  2. Sylwia ale Ci zazdroszczę 😀 Bieszczady jesienią – to musi być pięknie. Jako, że nigdy nie byłam, oczekuję, że po powrocie napiszesz chociaż dwa słowa – z góry dziękuję.

    Co do egzekucji. Szczerze mówiąc przez myśl mi nie przeszedł taki rozwój wydarzeń. Ale tak jak sama mówisz, poczekajmy na ruch scenarzystów. Wszystko wskazuje, że Ewa była wtyczką. Też specjalnie patrzyłam na kolczyk i pokazano tylko jedno ucho. Na którym była biżuteria.

    Niech cię omijają niedźwiedzie 😉 Wilka bym chętnie zobaczyła w naturalnym środowisku (byle był daleko). Przystojnym strażnikiem nikt nie pogardzi ;P

  3. Co do bdb. produkcji, zgadzam się. Gry aktorskiej, również. Wyżywał się może aż tak nie będę, ale tym razem pojadę po scenarzystach. Jak się zabiera za taki serial, to kwasić nie wypada. A tym razem, niestety, stało się. I to kosztem tradycji i kultury bieszczadzkich autochtonów.

    Postać Szeptuna, świetnie zresztą zagranego przez Mariana Dziędziela, byłaby ok., gdyby nie to, że Wiktor ( jak się okazuje, syn prawosławnego księdza) o Szeptunie mówi, że był „grekokatolickim popem”. Otóż „pop” oznacza tyle, co klecha i w tamtejszym świecie jest uznawane za pejoratywne. Nawet skłócone z Bogiem dziecko duchownego (co w przyrodzie raczej się nie zdarza), nigdy nie powiedziałoby „pop”. Chyba że Wiktor skrojony jest na cynicznego gbura. Poza tym, władze kościelne nie dopuściłyby chyba, aby gdzieś tam luzem błąkał się samotnie kapłan, który na skutek traumatycznych przeżyć „na służbie”, zachorował psychicznie. Straszna lipa.

    Jeśli chodzi o znaleziony w ubiegłym odcinku kolczyk, to tu, mimo że zgubiony, w finale potwierdził przypuszczenia Wiktora. Nie ma gorszej traumy, niż dwukrotnie przeżyć śmierć ukochanej. Moim zdaniem, chociaż w tym serialu wszystko może się zdarzyć, Ewa poniosła karę za popełnioną winę. Przeszła na stronę wroga lub związała się z Wiktorem, by o rozpracować. W dzień, w którym zginęła, bardzo chciała iść do pracy, chociaż Rebrow proponował, aby zrobili sobie wolne. Być może, że kasa pochodziła z tantiemów za przemyt. Zobaczymy, co przyniosą kolejne odcinki. W napięciu elementy układanki pewnie ułożą się w jakąś tam całość. Pewnie niekompletną, bo przecież wypadałoby wyprodukować drugą serię:)

    Za uchybienia, żeby nie rzec, ignoranctwo scenariusza w sferze tamtejszego sacrum – tylko 4 i pół bobra.

  4. zdzisiek ale masz wiedzę. Serio. Tak jak pisałam kilkakrotnie – nic o tamtych rejonach nie wiem. To jak w Bieszczadach, w tamtym rejonie nazywa się duchownego?

  5. Tamtejsi Ukraińcy na swojego duchownego mówią najczęściej „jegomość” lub „otec”, czyli ojciec. Po polsku, tak jak w Kościele rzymsko-katolickim, mówi się ksiądz. Oni są drażliwi na tym punkcie, serio.

  6. zdzisiek dzięki za informację. Nie wiem już który raz to piszę – ale dzięki Wam naprawdę tyle się człowiek uczy o świecie 🙂

    Co do władzy kościelnych, które piszesz – „nie dopuściłyby chyba, aby gdzieś tam luzem błąkał się samotnie kapłan” – to ja myślę, że Szeptun jest specjalnie pokazany jako „zdziczały” człowiek. Myślę, że władze kościelne przestały go po prostu szukać i gonić po lasach i pozwoliły aby żył tak jak chce.

  7. Ależ nie ma za co dziękować. Myślę, że wszelką wiedzą dzielimy się tu wspólnie;)
    W kwestii, o której piszesz chciałem wyjaśnić, że struktury kościelne są jak służby mundurowe (policja, wojsko). W takich sytuacjach najczęściej chorego czeka szpital, a potem klasztor. W końcu Szeptun to nie prosty wieśniak, ale człowiek jakoś tam wykształcony. Ale mogę się mylić przecież:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *