Zachwyty, genialne oceny, ogłoszenie Westworld-u najlepszy serialem tego roku i pewniakiem do nagród wszelakich zachęciły mnie do obejrzenia dwóch odcinków.
I co?
I szczerze mówiąc tylnej części ciała mi nie urwało ;)

Westworld to miła dla oka produkcja o niecodziennym parku rozrywki, w którym człowiek za sporą sumę pieniędzy może zabawić się w niekonwencjonalny sposób.
Klimat z westernu - wybierasz sobie kapelusz, odpowiedni strój, broń i wkraczasz do miasteczka.
Możesz pić w Saloonie, podrywać panienki, ale jeśli masz ochotę - udasz się na poszukiwania skarbu, wdasz się w bójkę, czy postrzelasz sobie do Gospodarzy.
Tubylcy to zaprogramowane roboty. Wyglądają jak ludzie, broczą krwią i umierają.
Jednak rano budzą się z wyczyszczoną pamięcią i stawiają się na ustalonych pozycjach (taki Dzień świstaka).

I zabawa toczyłaby się bez zbędnych przerw, gdyby androidy nie zaczęły się psuć. Naszpikowane elektroniką cuda techniki mają wspomnienia i za dużo się domyślają. Niektóre modele zawieszają się w nieodpowiednich momentach inne nietypowo reagują.
Co wydarzy się dalej?… Ja się domyślam ;)

Jest rozmach.
HBO po raz kolejny wpakowało w produkcję masę pieniędzy.

Są wątki trzymające w napięciu (poczynania Czarnego kowboja), ale całość nie wywarła na mnie większego wrażenia.
Prawdę mówiąc jestem rozczarowana. Nie ma ani jednego bohatera za którego trzymam kciuki, gra aktorska też mnie nie powaliła na kolana.

Pamiętam Black Mirror i moją reakcję po sezonie - Wow. A porównywać budżetu obu produkcji nawet nie zamierzam ;)
Westworld z pewnością nie trafi na moją listę najlepszych seriali 2016.

Ale jeśli jesteście ciekawi jak na małym ekranie radzi sobie Anthony Hopkins, albo lubicie klimat s-f - zerknijcie.
3 bobry.