Przez okres świąteczny rozpoczęłam przygodę z trzema tytułami i zaliczyłam maratony.
Dziwnym trafem wszystkie mają jeden wspólny mianownik - Szkołę.
Rozpocznę od serialu skierowanego do starszej widowni, chociaż wszystkie polecam i odpowiednio docenię.

Bez obaw. Spoilerów nie będzie.

Do Wielkich kłamstewek podchodziłam dwukrotnie. I cieszę się, że przebrnęłam przez pierwszy odcinek.

Akcja dzieje się w uroczym amerykańskim miasteczku nad morzem. Bohaterki są piękne i w większości nieprzyzwoicie bogate.
W ich życiu pojawia się Jane - samotna matka, która przeprowadziła się z powodu dobrej szkoły, do której będzie chodził jej synek.
Nawiązują się przyjaźnie, pojawiają się konflikty i pierwsze spięcia. A motywem przewodnim jest posterunek i pewne śledztwo policyjne.

Po każdym epizodzie dowiadujemy się o życiu kobiet czegoś nowego - niekiedy są to błahostki, wydarzenia z przeszłości, problemy z pracą. Innym razem sceny na ekranie sprawiają, że zamieramy z niedowierzania.
Bowiem to nie jest mdła opowiastka o “mamusiach” z przedmieść, które walczą o teatrzyk, czy szkolną zabawę dla pociech.
To dramat, a przede wszystkim thriller psychologiczny.
Aktorsko jest bardzo dobrze. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Nicole Kidman, którą kiedyś miałam za wyniosłą i bladą artystkę o jednej minie. W duecie z Skarsgard’em tworzą niesamowitą mieszankę wybuchową.
Drugi plan bardzo dobrze dobrany, podobnie jak klimatyczne oświetlenie i muzyka.

Odrobinę zawodzi główny motyw. Bardzo szybko możemy rozszyfrować tożsamość pewnego mężczyzny i w finale nie będzie efektu Wow.
(To znaczy będzie - ale dotyczy zupełnie innej postaci ;)

Szczerze polecam, chociaż przyznaję, że niekiedy trzeba przebrnąć przez leniwie toczące się wątki…
Z czystym sercem daję 4 pełne bobry.

Ps. Najprawdopodobniej powstanie drugi sezon opowiadający nową historię.