Przyszła pora aby ocenić serial, z Frodo (Elijah Wood) pod tytułem Wilfred, który miał być jedną z najlepszych propozycji na lato.

Nie ukrywam też, że każda z powracających pozycji - a to True Blood, a to Weeds srodze mnie zawiodła już w poprzednim sezonie, więc tym bardziej czekałam na nowość. Miało być bardzo śmiesznie i nowocześnie. Zwiastuny zapowiadały bardzo dobry serial ze śmiesznymi gagami Pana - który tak naprawdę jest psem. Aktorzy zostali dobrani brawurowo.
I co wyszło? Niestety słabiutko.

Najlepszym punktem serialu jest Jason Gann - który wciela się w rolę tytułowego psa - Wilfreda. Aktor z Australii wie co, gdzie i jak “ugryźć” aby sceny kleiły się między sobą. Jeden z ostatnich odcinków, kiedy Jason - Wilfred mógłby być molestowany seksualnie to mistrzostwo świata.
Gann przyzwyczaił nas już do swojej postaci - czyli psa o niezidentyfikowanej rasie, który jest dla głównego bohatera wyrocznią i największym powodem do zmartwień. Przy okazji stał się też przyjacielem, który zmienia życie Ryan’a.

Elijah Wood. Przez dwa pierwsze odcinki wpatrujemy się w błękit oczu naszego głównego bohatera. Po trzecim stwierdzamy, że to jednak za mało. Dlaczego?

Więc zacznijmy od początku. Każdy serial musi mieć swój silnik - czyli motyw na którym scenarzyści starają się oprzeć swój pomysł i na którym budują wszystkie relacje bohaterów. Ta recenzja jest świeża - udało mi się przebrnąć przez 5-ty epizod i czuję, że spędzanie czasu przy Wilfredzie z pewnością niczego w moim życiu nie zmieni - może to też dlatego, że prywatnie wolę koty? A może dlatego, że serial niczego nie wnosi do mojego życia? Miało być śmiesznie - nie jest. Miało być super nowatorsko - nie liczcie nas to. Silnikiem serialu jest relacja psa i człowieka. Dziwne, że właścicielka zostawia pod “opieką” swojego psa sąsiadowi, który początkowo nie jest wdzięczny za nowe towarzystwo. A właścicielki też jak na lekarstwo…

NIE. Nie czas na podsumowania letniej ramówki. Jednakże uważam, że Wilfred to pretendent do tytułu serialu - porażka roku. Lub największe rozczarowanie.

Nie ma ani jednej postaci, którą mogłabym polubić, nic nie skupia mojej uwagi - żarty rozumiem i nie trzeba mi ich tłumaczyć ;) Ale zdecydowanie mało co mnie śmieszy.

Bardzo ciekawa relacja Pan-Pies. Inna od tych, które znaliście do tej pory. Być może nie jestem na tyle zakręcona aby bawiły mnie gagi z Psem - aktorem przebranym w szare futerko, który pali “zioło” i uwielbia masło orzechowe. Pies-nie pies uwielbia przy okazji ssać majtki swojej Pani, palić papierosy i zajada się meksykańskim jedzeniem. Jako tako gra na gitarze (tak zazdroszczę mu i nie wiem czym się różni G od H) ale szczerze mówiąc - liczyłam na coś więcej.

Po 5 odcinkach wyznaję - zobaczę co u Wilfreda słychać w przyszłym tygodniu. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Na razie na mojej liście seriali, które zawiodły - Wilfred zajmuje jedno z czołowych miejsc.

Prawie zapomniałam o bobrach - a jeszcze nie mam urlopu :)

Wilfred na razie, jako całość - 2 bobry. Oba za obsadę.