Oglądałam wszystkie odcinki i polubiłam Klotzka i Julkę.
Wiem, że wygrała Kasia. Nazwisko mogę wygooglować - ale czy o to chodzi?

To mimo licencji nie był Survivor tylko jakaś popłuczyna nazwana Wyspą przetrwania.
Kasy włożono wiele, oglądalność była przeciętna. Nie liczę na drugi sezon.
Bo i po co?

Nie wiem jak Wam opowiedzieć o wersji z USA.
Po prostu musicie to zobaczyć.
Tam ludziska grają o okrągły milion DOLCÓW. To jednak jest kasa, która sprawia (pisałam o tym wcześniej) że można odmienić swoje życie. Dla miliona mogę oszukać gracza, zranić programową przyjaciółkę, czy całkowicie zawrócić tok gry.

U nas w Polandzie ochłapy. 150 tysięcy złotych za tygodnie poświęceń, jedzenia robali, rybnych oczek, spania pod gołym niebem i sraczki.
O wysiłku fizycznym nie wspomnę.
To już lepiej drogi Polsacie być biednym i mieć grzyba na ścianie. Wówczas i pół miliona wpadnie i Kaśka Dowbor ;)

Tylko, że ten fenomen to nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim prestiż i fani na całym świecie. Do programu zgłaszali się milionerzy, przedsiębiorcy, czy gwiazdy sportu. A wszyscy śpią na forsie ;)

Czemu w Polsce program aż tak zawiódł?
- Montaż
- Format (doczytałam, że zakupiono wersję francuską, a nie amerykańską. Moje jedyne pytanie: “Po co”?)
- Uczestnicy. Nie będę nikogo obrażać, bowiem nikogo nie poznałam. Jedyny gość, który wyrażał jakiekolwiek emocje to wcześniej wspomniany Klotzek.
Bohaterowie byli po prostu bezbarwni. Panowie “osiłkowie” cały czas mi się mylili ;)
- Przaśność. Od opasek i koszulek na logotypie kończąc.
- Brak muzyki. To bardzo ważny element show
- Prowadzący
- Rady plemienia (dłużyzny)
- Reklamy: Jak przełączyłam, to zostawałam na the Wall ;)

Dla porównania jedno słowo: Azja Express.

Szkoda. To był mój faworyt w jesiennej ramówce.