Nie wiem co napisać po tym odcinku.
Jedyne co mi przychodzi do głowy to: “Czy im już kompletnie odbiło”?

W sensie scenarzystom i całej produkcji.
Po czterech sezonach opowieści o miłości Anki i Jerzego, perypetiach, kolejnych rozstaniach, powrotach i pokazywaniu nam, że Adamowicz jest święta, ponieważ potrafi wybaczyć wszystko (wybuchy zazdrości, byłe żony, niedoszłe żony itp.) w ósmym odcinku główną bohaterkę ogarnął szał namiętności i wskoczyła z Andrzejkiem do łóżka (a raczej z tego co widzieliśmy na ścianę).
Czytając kolejne streszczenie wiemy już, że to nie był sen.

Anka z Żabcią. Może, gdyby ich wzajemna fascynacja pojawiła się, kiedy Jerzy zamieszkał z Dorotą to jeszcze dałabym radę to strawić. W zasadzie to nie strawiłabym tego w żadnym momencie serialu.

Reszta wątków naprawdę bez znaczenia. Jasiek i dziewczyna, Pola i nowa manager. Bzdurki.
Nie podobała mi się Irena i jej podejście do córki Michała. Zero serdeczności, w zasadzie czyste chamstwo.

Szczerze mówiąc kompletnie opadły mi ręce. Zostało pięć odcinków. Narzekaliśmy na nudę i brak zaskoczeń. No to scenarzystka nas zaskoczyła.

Czyżbyśmy wracali po punktu wyjścia? Anka i Andrzej wrócą do siebie w finale?
Naprawdę rzadko brakuje mi słów. Ale “Co to było”?

Anka i Żabcia i namiętność, romans, seks?

AAAAAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Bez bobrów. Wystraszyły się żabich godów ;)